Dr Magdalena Hoły-Łuczaj

Adiunktka w Katedrze Nauk Społecznych. Jej zainteresowania badawcze obejmują współczesną filozofię, w szczególności problematykę antropologiczną, etyczną i ekofilozoficzną oraz dyskurs medialny i polityczny. Stypendystka Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta oraz Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Polszczyzna ukraińskich studentów okiem wykładowczyni i naukowczyni

W Polsce w roku akademickim 2019/2020 studiowało 82 194 zagranicznych studentów. Niemal połowa z tej grupy (39 017) to osoby z Ukrainy. Wśród najważniejszych czynników przyciągających ich do Polski są: atrakcyjne koszty czesnego oraz utrzymania w porównaniu do innych krajów globalnej Północy czy też Zachodu, jak też bliskość geograficzna i kulturowa, w tym również językowa. Z tego powodu, w przeważającej mierze, Ukraińcy podejmują studia na kierunkach, na których językiem wykładowym jest polski.

Mówić bardziej po polsku

Niestety poziom B1 (który często jest tylko deklarowany) jest zbyt niski, by zagraniczni studenci mogli efektywnie studiować po polsku. Problem pojawia się jednak nawet w przypadku dobrej znajomości języka polskiego (C1 lub C2), kiedy studenci ukraińscy popełniają tzw. glottodydaktyczne błędy pragmatyczne, które najkrócej można ująć w formule „Polak by tak nie napisał/nie powiedział”. Inną grupa błędów są typowe dla własnej grupy językowej odstępstwa od obowiązujących w Polsce norm i zwyczajów, np. stosowanie form (pseudo)tytularnych w zwrotach takich jak np. „panie nauczycielu”, „pani wykładowco”, „panie lektorze”, „panie dziennikarzu”, „panie prawniku”, które bierze się stąd, że wyrazy „pan, pani” są uważane w Ukrainie za „typowo polskie”, a u członków wspólnot polonijnych intuicyjne jest odwoływanie się do kryterium narodowego streszczonego w formule: „Lepsze jest to, co polskie, takie, jak w Polsce”.

Mamy więc zatem paradoksalną sytuację, gdy przez dążenie do mówienia „bardziej po polsku”, użytkownicy z Ukrainy oddalają się od wzorców współczesnej, krajowej polszczyzny. Czy to jednak oznacza, że posługują się oni językiem polskim niepoprawnie? Jaki stosunek do tego typu odmienności powinni przyjąć wykładowcy przedmiotów innych niż lektorat języka polskiego?

Półperyferyjność Polski

Zanim spróbujemy przedstawić możliwe odpowiedzi na to pytanie, należy zaznaczyć, że powinno być ono analizowane z uwzględnieniem „półperyferyjnej” specyfiki polskiego systemu akademickiego, rozpiętego pomiędzy Zachodem i Wschodem. Z wymienionych wcześniej powodów Polska jest krajem atrakcyjnym dla studentów (w pewnej mierze też dla wykładowców) ze Wschodu i globalnego Południa. Z drugiej jednak strony polskie uczelnie i naukowcy, dążąc do „naukowej doskonałości”, zwracają się ku światowym centrom nauki, które zlokalizowane są w zamożnych krajach Zachodu. Jednym z jej aspektów – znaczącym dla podjętego tu tematu – jest kwestia absolutnej dominacji języka angielskiego w międzynarodowej komunikacji naukowej. To język angielski stał się współczesną łaciną, i to w nim przedstawia się wyniki badań i o nich dyskutuje, jeśli chce się dotrzeć do publiczności spoza własnego kraju. Inaczej jednak niż w przypadku łaciny, angielski ma swoich rodzimych użytkowników, dla których jest językiem komunikacji na każdym poziomie.

Ten fundamentalny brak symetrii między rodzimymi użytkownikami języka angielskiego i wszystkimi innymi jego użytkownikami rodzi problem, którym jest środowiskowym tabu: trudność w posługiwaniu się odpowiednio dobrym językiem angielskim, aby spełnił oczekiwania redaktorów i recenzentów we wspomnianych czasopismach. Nawet jeśli naukowiec lub naukowczyni ma za sobą pobyt w zachodnim ośrodku naukowym oraz publikuje w międzynarodowych czasopismach, nie oznacza to, że język angielski stał się dla niej lub dla niego materią, która nie stawia oporu. Wymiana informacji dotyczących dobrych proofreaderów czy też doświadczeń w kwestii redaktorów czy recenzentów, którzy uprzejmie, lecz często uszczypliwe, komentowali niefortunności językowe, powraca regularnie w nieoficjalnych. rozmowach w znanych mi kręgach polskich akademików.

Polscy pracownicy akademiccy występują zatem w podwójnej roli. Jako autorzy narażeni są na negatywną ocenę ze względu na język, tj. odpowiedni poziom posługiwania się tzw. proper English, lecz jako wykładowcy (oceniający prace zaliczeniowe, licencjackie, magisterskie, coraz częściej także doktorskie osób z Ukrainy) występują w roli trybunału poprawności językowej zgodnej ze standardami akademickiej polszczyzny. Bardzo niepożądane wydaje się w tym przypadku akceptowanie podwójnych standardów wobec angielszczyzny, jaka posługują się polskojęzyczni naukowcy (zdający sobie sprawę, że odbiega ona od poziomu native speakerów) i polszczyzny ukraińskich studentów (których błędy traktuje się jako poważne uchybienia).

ELF i „światowe angielskie”

Inspiracji można szukać w badaniach językoznawczych ukierunkowanych na tzw. sprawiedliwość językową w kwestii posługiwania się językiem angielskim przez Anglosasów i non-natiwów, która odrzuca tradycyjne (określane jako „ortodoksyjne”) podejście, zakładające, że obcokrajowiec powinien prezentować poziom językowy angielskiego możliwie zbliżony do rodzimych użytkowników. Alternatywę stanowi uznanie istnienia różnych norm języka angielskiego na świecie, które określa się jako „światowe angielskie” („World Englishes”). Liczba mnoga podkreśla, że wykształciło się wiele odmian angielskiego (np. Chinglish – angielski z Chin, Denglish – angielski z Niemiec), które przyjmują wzorce z dominujących lokalnie języków (m.in. specyficzne struktury, idiomy, dobór słownictwa). Wskutek tego zaczynają się różnić od „standardowego” angielskiego, co jednak ma tylko znaczenie deskryptywne, a nie normatywne: nie tyle naruszają one anglosaskie wzorce poprawności, ile przyjmują własne.

Innym rozwiązaniem jest przyjęcie modelu „angielskiego jako lingua franca” (English as a lingua franca, ELF) można określić jako „rozwijającą się wspólnotę praktyki”, której członkowie są indywidualnie mobilnymi jednostkami. Dla zwolenników ELF międzynarodowi naukowcy i studenci mają prawo do wkładu w akademicki angielski, ponieważ angielski jest „tak związany z globalizacją, że mówienie o jednym angielskim nie jest już realistyczne”. Wśród składowych tego podejścia kładzie się nacisk na negocjacje nowego znaczenia dla starych słów oraz innowacyjne użycia

określonych struktur, które wnoszą dodatkową wartość komunikacyjną. Ogólniejszą rama dla takiego nastawienia jest zaś podkreślanie dynamicznej natury języka, który ulega nieustannej ewolucji.

Wydaje się, że oba alternatywne podejścia warte są uwagi polskich wykładowców. „Polski jako lingua franca” pozwoliłby elastyczniej podchodzić do oceny wspomnianych prac zaliczeniowych i dyplomowych studentów z Ukrainy, bez poczucia, że „przymyka się oko” na pewne niedoskonałości. Natomiast koncepcja języka polonijnego czy też jednej z odmian „światowego polskiego” uwrażliwia nas na fakt, że wielu studentów znało język polski przed przyjazdem nie tylko dzięki przyswojeniu go jako języka obcego, ale jako swojego drugiego, a nawet pierwszego języka, jakim posługują się na co dzień w Ukrainie. Wszak za naszą wschodnią granicą istnieje całkiem szerokie spektrum różnych odmian polszczyzny, które z powodów geopolitycznych mogło zacząć być badane na większą skalę dopiero po 1989 roku.

Wydaje się więc, że tak jak można zaobserwować obecnie trend, by kwestionować wyłączność prawa do oceny normatywności użycia języka angielskiego przez native speakerów z krajów anglosaskich, tak i my, rodzimi użytkownicy języka polskiego mieszkający w Polsce, powinniśmy zadać sobie pytanie, czy powinniśmy być wyrocznią w kwestii normatywności polszczyzny.