„Nikogo do szczęścia nie namawiam, tylko wiem bardzo dobrze, że jedynie szczęśliwe życie – ma sens”. Od lat zajmuje się leczeniem uzależnień, na spotkania z nią przychodzą tłumy, a na spotkania organizowane przez Wyższą Szkołę Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie przyjeżdża już od kilku lat. Jest autorką licznych bestsellerowych poradników, głównie pisze o szczęściu. Czy w związku z tym, czuje się „ambasadorką szczęścia”? Właśnie o szczęściu i czasie rozmawiam z dr Ewą Woydyłło.
Dr Ewa Woydyłło – doktor psychologii i terapeuta uzależnień. Ukończyła historię sztuki na Uniwersytecie w Poznaniu oraz podyplomowe studium dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Wykształcenie psychologiczne zdobyła w Antioch University w Los Angeles, doktorat z psychologii zyskała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Autorka wielu książek. Spopularyzowała w Polsce leczenie oparte na modelu Minnesota, bazującego na filozofii Anonimowych Alkoholików. Otrzymała wiele odznaczeń za osiągnięcia w dziedzinie terapii i profilaktyki uzależnień.

„Wielkie pytania w nauce” i „W labiryncie świata”, to organizowane przez WSIiZ cykle, w których gościła Pani już kilka razy. Jak Pani podchodzi do tych spotkań?
Ewa Woydyłło: To nie jest dla mnie imprezka, to jest moja praca. Często występuję publicznie. Ale te spotkania bardzo lubię, ponieważ cieszy mnie, że ich wymiar nie jest tylko akademicki, że biorą w nich udział nie tylko studenci. Kiedyś urzekło mnie to, że pan rektor tak rozpropagował te spotkania, że przychodziła na nie młodzież ze szkół średnich z całego Rzeszowa. To było bardzo inteligentne i perspektywiczne przedstawienie tej uczelni, jako gościnnego miejsca dla myśli i rozwoju osobistego, bo te tematy, którymi ja się zajmuję, tego dotyczą. I towarzyszy tym spotkaniom bardzo miła atmosfera.
Czy wybierając swoją ścieżkę życiową, pomyślała Pani, że kiedyś na spotkania z Panią będą przychodziły tłumy?
EW: Przez kilka lat studiów grałam w teatrze i jestem przyzwyczajona do publiczności. To nie było tak, że jakoś bardzo mi na tym zależało, ale traktuję swoją pracę bardzo poważnie. Ponieważ wierzę w to co robię, a jeszcze mając taki silnie rozwinięty zmysł krytyczny wiem, jak bardzo wypełniam jakieś puste miejsca, jeśli chodzi o tematykę właśnie relacji społecznych, podejścia człowieka do własnego życia, u nas jest to dosyć zaniedbany obszar. Ja się uczyłam psychologii nie w Polsce i nauczyłam się właśnie, że to co psycholog ma robić w życiu, to poprawiać jakość życia- wyłącznie – i to jest jedyny cel. Nigdy chyba o tym tak nie myślałam, ale mimo że miałam inne zajęcia, wykonywałam inne zawody, to właśnie ta dziedzina okazała się owocną częścią moich zadań. Jestem po dziennikarstwie, więc pracowałam jako dziennikarka, a w tej chwili w zasadzie zajmuję się publicystyką.
Powiedziała Pani kiedyś, że jeszcze kilka lat temu nikt nie słyszał o Ewie Woydyłło. W jaki sposób to się tak zmieniło?
EW: Mam po prostu bardzo dużo czasu. I to jest wspaniała rzecz, bo jak się ma rodzinę, zwłaszcza wymagające dzieci, albo wymagającego męża – a ja miałam – to w ogóle nie było mowy, żebym przyjechała do Rzeszowa. Bo kto zrobi obiad, a śniadanie, a kolację, kto zabierze do kina, kto posiedzi i posłucha o problemach dzieci z przyjaciółką, także to jest inny temat. Ale ponieważ ja to bardzo poważnie traktuję i bardzo lubiłam i podoba mi się takie życie, to powiem tak metaforycznie – najpierw są zasiewy, potem jest zbieranie plonów, a potem jest dystrybucja tych plonów dla pożytku. A ja teraz jestem w trzeciej fazie.
Mówi Pani, że ma dużo czasu, ale patrząc na ilość spotkań, w których bierze Pani udział, ilość nagrań, podcastów, ilość pisanych przez Panią książek. Czy Pani doba też ma 24 godziny?
EW: Ja zawsze miałam dużo czasu. Po pierwsze nie lubię powtarzania takiej mody – wszyscy mówią teraz, że są przebodźcowani – ja nie wiem, co to znaczy. Bo jak ktoś za głośno puszcza muzykę, to ja zamykam okno albo wkładam do uszu zatyczki. To jest chyba taka trochę kwestia, że ktoś chce być na fali, i z tym czasem, to jest jakaś straszna przesada. Na aktywność zawodową jest tak naprawdę 12 godzin, reszta to sen, higiena, przyrządzanie posiłku. W pandemii widać było, że jak ludzie pracowali w domu, to 8-godzinną pracę kończyli po 3-4 godzinach.
Biorąc pod uwagę tytuły i treści Pani książek – myślę, że można nazwać Panią „ambasadorką szczęścia”. Czy czuje się Pani jak „ambasadorka szczęścia”?
EW: O, to ładne słowa. Myślę, że tak, choć ambasador jest takim przedstawicielem, a ja prawdę mówiąc nawet nikogo do szczęścia nie namawiam, tylko wiem bardzo dobrze, że jedynie szczęśliwe życie ma sens. Ja tak uważam.
Czy Pani praca daje Pani szczęście?
EW: Sama praca jest dla mnie źródłem największego poczucia wartości. Bez tej pracy jestem nikim. To jest dlatego taka wdzięczna praca, bo jak coś dobrze zrobisz, to ludzie siedzą uśmiechnięci, a ja nie lubię skrzywionych i uważam, że to są nieszczęśliwi ludzie. Gdy oglądam paraolimpiadę, łzy mi czasami lecą z oczu, kiedy uświadamiam sobie, że prawie niewidoma dziewczyna na przykład wspina się na ściankę. Albo jak oglądam młode dziewczyny grające w amp futbol, każda z nich skacze na jednej nóżce, i one się śmieją i cieszą, dla mnie to jest bohaterstwo i miara człowieczeństwa. Jak ktoś mi mówi, że z czymś nie zdążył, że nie ma czasu zająć się dzieckiem, to jest też wybór – każdy urządza sobie życie sam.
Rozmawiała Anna Klee-Bylica, Rzecznik prasowy Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.


