Dlaczego opuszczona willa może być ciekawsza od nowoczesnego wieżowca? Kim jest tajemniczy Wędrowiec i dlaczego w projekcie „Drogi i dróżki” nie ma miejsca dla generatywnej sztucznej inteligencji? Dzięki Stypendium Twórczemu Miasta Rzeszowa, dr Mikołaj Birek opowie o pamięci miasta i odkrywaniu nieoczywistych, magicznych miejsc.

Gdybyś miał opisać projekt „Drogi i dróżki” jednym zdaniem, które sprawiłoby, że każdy chciałby go zobaczyć – jak by ono brzmiało?

Od razu zaczynasz od trudnych pytań. Gdybym miał to powiedzieć jednym zdaniem, to pewnie wielokrotnie złożonym. Filmy, które robię mają nieoczywisty charakter, a coś co nieoczywiste, trudno opisać jednym zdaniem. Musiałbym się pewnie sporo napocić, żeby zamknąć to w jednym zdaniu reklamowym. Jest to projekt, który przewiduje realizację filmu animowanego i cyklu obrazów, które mają w sposób nieoczywisty opowiadać o Rzeszowie i jego okolicach. Dla mnie jest to po prostu magia pewnych miejsc, niekoniecznie takie klasyczne ich piękno, ale właśnie ta ich nieoczywistość.

Większość z nas zna Rzeszów z codziennych tras: do pracy, na uczelnię czy do domu. Ty zapraszasz nas poza utarte szlaki. Jakiego Rzeszowa na co dzień nie dostrzegamy?

Nie wiem, czy nie dostrzegamy, może bardziej odwracamy wzrok albo nie zwracamy uwagi. Mnie interesują miejsca stare, miejsca z przeszłością, które już nie funkcjonują jak kiedyś, ale cały czas istnieją. Są takie miejsca nawet w centrum miasta, zarośnięte, może trochę zaniedbane, trochę zapomniane. Miejsca, które nie są najwyższym, mieszkalnym wieżowcem w Polsce, które nie są jakąś nowoczesną pokazówką, tylko te miejsca z charakterem, które są tam już od bardzo dawna, i które wrosły w tkankę miasta lub okolic.

Czy tworząc ten projekt będziesz korzystał z archiwalnych zdjęć Rzeszowa?

Niekoniecznie. Planuję porozmawiać z Jakubem Pawłowskim – historykiem zajmującym się Rzeszowem. Chciałbym z nim skonsultować ten temat, ponieważ ja absolutnie nie uważam się za specjalistę od Rzeszowa. Mam nadzieję, że dzięki niemu uda mi się wziąć pod uwagę ciekawe miejsca, o których ja nie wiem i uwzględnić je w tym projekcie. Sama koncepcja tego projektu ma charakter archiwalny.

Czy jest w Rzeszowie miejsce, obok którego codziennie przechodzimy obojętnie, a Ty widzisz w nim gotowy kadr do filmu? Co sprawia, że właśnie ono przyciąga Twoją uwagę?

Takim przykładem będzie chociażby Willa Kotowicza, która się znajduje za pałacem Lubomirskich. Jest to przykład takiego miejsca, opuszczonego, zapomnianego, a w bardzo prominentnym miejscu w centrum miasta. I dla mnie takie miejsca są potrzebne. Rozumiem potrzebę ciągłego modernizowania, sprzątania, ale dla mnie ważny w takich miejscach, jak ta willa, jest duch tego miejsca. Malowałem cykl „Empty” – starych, opuszczonych domów, więc ja naturalnie do takich miejsc lgnę. Szukam tego starego, zarośniętego bluszczem, może zabitego deskami. Mam bardzo duży sentyment do takich miejsc. One są pozostałością po ludziach, którzy wyjechali, umarli, ale zostawili w nich swój ślad.

W projekcie pojawia się tajemniczy Wędrowiec. Kim właściwie jest? Przewodnikiem, obserwatorem, a może… naszym alter ego?

Wędrowiec to jest postać, którą wykorzystuję w swoich obrazach i filmach. Jest głównym bohaterem i takim moim trochę alter ego. Bo ja widzę siebie, jak kogoś, kto wędruje i obserwuje, ale nie ingeruje w te miejsca. To oczami wędrowca będziemy oglądać ten świat. Czasami używam na niego innego określenia – tresspasser, czyli ta osoba, która wkracza na czyjś teren.

Świadomie rezygnujesz z generatywnej sztucznej inteligencji, choć korzysta z nowoczesnych technologii, takich jak skanowanie 3D. Dlaczego właśnie człowiek i jego ręka pozostają w centrum tego projektu?

Generatywna sztuczna inteligencja, to jest bardzo śliski temat. Uczę studentów na ten temat i piszę o tym wspólnie z naszym zespołem interdyscyplinarnym z Pracowni Eksperymentów Cyfrowych we WSIiZ, badamy to zjawisko. Im więcej o nim się dowiaduję, tym mniejszą mam ochotę na to, żeby korzystać z tego w mojej twórczości. Mam takie poczucie, że używając AI sam sobie odbieram sprawczość i odłączam się od tego co tworzę, oddając to jakiemuś systemowi. Jednak jako twórca operujący w mediach cyfrowych, bardzo się interesuję nowoczesnymi rozwiązaniami, jak np. technika skanowania trójwymiarowego, która pozwala przechwytywać obiekty w taki sposób wręcz dokumentalny i pozwala mi na taką dużą modyfikację, stylizację tych elementów i odejścia od dosłowności.

Stypendium Twórcze Miasta Rzeszowa to nie tylko wsparcie finansowe, ale także sygnał, że ktoś uwierzył w ten projekt. Czy takie zaufanie bardziej motywuje, czy… zwiększa odpowiedzialność?

Gdybym nie dostał tego stypendium, szukałbym innych sposobów na finansowanie, by zrealizować ten projekt. Ale tym lepiej dla mnie, że ktoś zaufał temu projektowi. To jest drugi raz kiedy starałem się o to stypendium. Poprzednim razem trafiłem na listę rezerwową, dlatego ubiegałem się o nie po raz drugi. Nie jest dla mnie presją, tylko przydatnym deadlinem – muszę zrobić ten projekt w określonym czasie. Czyli motywuje. W swojej twórczości skupiałem się do tej pory na moich rodzimych stronach, czyli Dolnym Śląsku. To będzie taki mój hołd dla Rzeszowa.

Podkreślasz, że w zdobyciu stypendium pomogły doświadczenia zdobyte przy realizacji projektów we WSIiZ. Jaką rolę uczelnia odegrała w rozwijaniu twojej twórczości i odwadze do realizacji tak ambitnych przedsięwzięć?

Na uczelni na pewno się nauczyłem, że mając wsparcie instytucji, bardzo mało rzeczy jest poza zasięgiem. Zawsze można mierzyć wyżej niż samemu. Dodatkowo dzięki różnym wydarzeniom kulturalnym, mogłem zaistnieć na mapie artystycznej Rzeszowa. Działania z ramienia uczelni, czy przy współpracy uczelni, które realizowałem jako jej przedstawiciel, pomagały mi w rozwijaniu mojej rozpoznawalności. Realizacja choćby mojego filmu „Góra”, który był moją pracą doktorską, nie byłaby możliwa w takim kształcie, bez wsparcia WSIiZ.

Kiedy widz po raz pierwszy zobaczy „Drogi i dróżki”?

To się musi wydarzyć do końca roku – tak jest zapisane w regulaminie, więc grudzień 2026. Chciałbym, żeby to była kinowa premiera, ale wszystko się jeszcze wyjaśni.

Co chciałbyś, żeby odbiorca zobaczył… gdy ponownie wyjdzie na ulice Rzeszowa?

Może, żeby zatrzymał się na chwilę i spojrzał na magię tego miejsca, w którym jest. Często jest tak, że w tym naszym codziennym pędzie nie zauważamy pewnych rzeczy. Jeśli tak się uda, jeśli ktoś inaczej spojrzy na okolicę po zobaczeniu tego filmu, to ja będę bardzo szczęśliwy.

Skąd wzięła się u Ciebie potrzeba szukania tego, co ukryte i niedopowiedziane? Czy pamiętasz moment, w którym zacząłeś patrzeć na świat bardziej jak artysta niż jak zwykły przechodzień?

Ja nie wiem, jak patrzy artysta, i nie wiem jak patrzy zwykły przechodzień, wiem jak ja patrzę. Jest takie powiedzenie wśród malarzy, że artyści nie widzą więcej niż ludzie, którzy nie zajmują się sztuką, widzą mniej, ale widzą konkretne rzeczy. Potrafią odrzucić te rzeczy, które nie są ważne. Ja w dzieciństwie wszystkie wakacje spędzałem na Dolnym Śląsku w domu mojej babci i bardzo się wtedy związałem z przyrodą. Magia tamtych miejsc ustawiła mnie na całe życie. Te rozległe pola, tajemnicze góry są zupełnie niesamowitą krainą. Okazuje się, że takich niesamowitych krain, które mają swoje własne charaktery, historie jest więcej. To włóczenie się po tych górach i polach, zaglądanie do opuszczonych budynków, przechodzenie przez tunel kolejowy, czy jazda na rowerze, przebywanie w miejscach bez ludzi, jest dla mnie niesamowitą przygodą, jak film, jak książka, kojarzy mi się postapokaliptycznie, zwraca uwagę na naszą kruchość. Jakie było pytanie? (śmiech)

dr. Mikołajem Birkiem rozmawiała Anna Klee-Bylica z Biura prasowego i PR WSIiZ.