Miał być Erasmus i szybki powrót do Polski. Zamiast tego, nowe życie w Hiszpanii. Joanna Leszczyńska, absolwentka Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie została w Katalonii na stałe, tu założyła rodzinę i zrobiła karierę. Dziś mówi wprost: ten jeden wyjazd okazał się momentem, który zmienił wszystko.

Kiedy wsiadała Pani do samolotu i poleciała na Erasmus do Hiszpania to miała Pani jakiekolwiek przeczucie, że ten wyjazd zmieni dosłownie całe życie?

Joanna Leszczyńska: Szczerze? Nie. Wsiadałam do samolotu z bardzo konkretnym planem: poduczyć się hiszpańskiego, zobaczyć świat, a potem wrócić i skończyć licencjat w Polsce. Może magisterkę za granicą, to był mój maksymalny horyzont. Nikt mi nie mówił, że ten wyjazd to nie jest przygoda na semestr, tylko punkt zwrotny.

Choć jeśli mam być uczciwa, to może gdzieś głęboko coś przeczuwałam. Pamiętam, jak w liceum uczyłam się hiszpańskiego i powiedziałam koleżance, że kiedyś będę miała męża Hiszpana. Powiedziałam to żartem, ale może to była jakaś forma afirmacji, bo wyszło dokładnie tak. Może bym się bała, gdybym naprawdę wiedziała, co mnie czeka. A tak po prostu wsiadłam w samolot.

Hiszpania dała Pani dwie rzeczy, które w życiu są jednymi z ważniejszych rzeczy: miłość i karierę. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie żałuje Pani swojego wyjazdu na Erasmus?

J.L.: To jest pytanie, które mnie trochę rozśmiesza, bo odpowiedź jest tak oczywista. Mam w Vic dom, rodzinę, pracę, którą kocham, i znajomych, którzy są jak rodzina. Mieszkam godzinę od plaży i godzinę od Pirenejów. Mój mąż jest Katalończykiem, mamy dwie córki. Nie żałuję ani jednego dnia.

Ale byłabym nieuczciwa, gdybym powiedziała, że życie za granicą to sama sielanka. Kiedy osiedlasz się w innym kraju, nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo będzie brakować rodziny i przyjaciół, tych, którzy znają cię od zawsze, od dziecka. Chyba to jest najtrudniejsze, że nie możesz po prostu wsiąść w samochód i pojechać do mamy na obiad. To cena, którą płacisz, i trzeba być z tym szczerym. Ale też to właśnie sprawia, że każde spotkanie z rodziną jest wyjątkowe.

To dlaczego warto z takich szans korzystać na studiach?

J.L: Bo na studiach masz coś, czego potem już nie będziesz mieć w takiej formie: czas i przestrzeń na eksperymentowanie bez wielkich konsekwencji. Erasmus to nie tylko wycieczka, to kompletne wyjście ze swojej bańki. Zaczynasz rozumieć, jak działa świat poza twoim miastem, obserwujesz jak inni ludzie myślą, pracują, podchodzą do codziennych spraw. I to zmienia ciebie.

A kiedy jesteś za granicą sama, bez rodziny, uczysz się też siebie. Ogarniasz transport publiczny w obcym mieście, siedzisz na zajęciach w języku, którego nie rozumiesz do końca, i jakoś sobie z tym radzisz. Ta samodzielność i otwartość na inność to kapitał, który procentuje przez całe życie.

Dziś jest Pani CMO w hiszpańskiej firmie. Kiedy po raz pierwszy pomyślała Pani, że Hiszpania to nie wakacje, tylko dom?

J.L: Nie było jednej chwili, to był powolny proces. Najpierw zaczęłam rozmawiać po katalońsku w sklepach i w piekarni. Ale prawdziwy przełom był wtedy, kiedy panie już nie czekały, aż coś powiem, po prostu zaczęły mnie pozdrawiać, zagadywać. Przestałam być „tą obcą”, stałam się „tą swoja”. Mieszkam tu od 2012 roku i większość moich bliskich znajomych to Katalończycy. Mówię płynniej po katalońsku, niż po hiszpańsku, co w Vic jest zupełnie normalne, bo to ich język.

Kiedy urodziły się moje córki, to wszystko się domknęło. Jestem Polką i nigdy tego nie ukrywam. Jak ktoś słyszy moje nazwisko i od razu przechodzi na hiszpański, odpowiadam po katalońsku. Moje nazwisko do dziś sprawia sporo zamieszania: u lekarza wszyscy znają mnie tylko jako „Joanna”, bo reszty po prostu nie da się wymówić.

Co ze studiów we WSIiZ w Rzeszowie zabrała Pani do swojej pracy w Hiszpanii? Czy dyplom z Podkarpacia cokolwiek znaczy w obcym kraju?

J. G: Więcej, niż myślałam. Studiowałam dziennikarstwo i komunikację i uwielbiałam te studia, były kreatywne, praktyczne, uczyłam się od prawdziwych dziennikarzy. Mieliśmy fantastyczną grupę na roku i to środowisko naprawdę pobudzało do myślenia. Ale największy wpływ miały na mnie zajęcia prof. Anny Siewierskiej-Chmaj w Instytucie Badań nad Cywilizacjami. Nie były to typowe wykłady, pisaliśmy listy dla Amnesty International, rozmawialiśmy o konfliktach politycznych z perspektywy, która otwierała na świat i na drugiego człowieka.

Ta otwartość na inne kultury i na inny punkt widzenia to coś, co noszę ze sobą każdego dnia. Dziennikarstwo nauczyło mnie też myśleć kreatywnie i pisać w sposób, który trafia do ludzi, a to w marketingu jest absolutnie niezbędne. Czy dyplom z Rzeszowa cokolwiek znaczy za granicą? Myślę, że liczy się to, co potrafisz pokazać i jak walczysz o swoje miejsce. Mój obecny szef dał mi niesamowite zaufanie i pozwolił zbudować dział od zera. A o taką wolną rękę dziś bardzo ciężko. Ten fundament, który zbudowałam na WSIiZ, na pewno miał w tym swój udział.

Praca jako CMO w obcojęzycznym środowisku to codzienne wychodzenie ze strefy komfortu. Czy Erasmus był dla Pani pierwszym treningiem tej odwagi?

J.G: Zdecydowanie tak. I to treningiem dość brutalnym, bo już na starcie dostałam lekcję pokory: przyjechałam do Vic pewna siebie, że świetnie mówię po hiszpańsku, i nagle okazało się, że w tym 60-tysięcznym miasteczku wszyscy mówią po katalońsku. Byłam gotowa na inne jedzenie, inny klimat, inny styl życia. Ale nie na to, że mój „atut” przestaje działać. Nauczyłam się wtedy, że dyskomfort jest częścią procesu, a nie sygnałem, że coś poszło nie tak.

Jest jeszcze jeden wymiar, o którym rzadko się mówi: język. Nawet jeśli mówisz płynnie, to nie jest twój język. Czasem czujesz, że nie wyrażasz się w stu procentach tak jak byś chciała, że brakuje ci tej jednej nuansy. I to bywa frustrujące, bo wiesz co chcesz powiedzieć, ale czujesz że brzmi to mniej profesjonalnie, niż po polsku. To też jest część tej codziennej odwagi, z którą uczysz się żyć.

WSIiZ coraz mocniej stawia na umiędzynarodowienie – partnerstwa z zagranicznymi uczelniami, studenci z całego świata. Patrząc z perspektywy kogoś, kto zbudował życie za granicą – czy uczelnia idzie w dobrym kierunku?

J. G.: Zdecydowanie tak. Patrząc z perspektywy kogoś, kto pracuje w środowisku wielonarodowym każdego dnia, mogę powiedzieć, że kontakt z innymi kulturami na etapie studiów to inwestycja, która procentuje przez całe życie zawodowe. Nie chodzi tylko o język, chodzi o rozumienie, że sposób myślenia twojego kolegi z Japonii, z USA czy z Katalonii jest po prostu inny, i że to jest zaleta, nie przeszkoda.

Widzę to bardzo konkretnie w swojej pracy: Amerykanie są bardzo wyluzowani, ale mają swoje KPI i bezwzględnie rozliczają z wyników. Polacy są dużo bardziej zdyscyplinowani, niż Hiszpanie i lubimy być samowystarczalni. Każda kultura wnosi coś innego. Im wcześniej to zrozumiesz, tym łatwiej ci będzie pracować, negocjować, budować relacje. Uczelnia, która daje studentom te doświadczenia, naprawdę ich przygotowuje do dzisiejszego rynku pracy.

Co powiedziałaby Pani studentce / studentowi z Rzeszowa, która boi się jechać na Erasmus, bo nie zna języka, bo nie zna nikogo, bo boi się, że sobie nie poradzi?

J.L: Że te obawy są normalne i zdrowe, i że właśnie dlatego warto jechać. Ja jechałam z przyjaciółką, miałyśmy małe problemy z mieszkaniem, musiałyśmy liczyć każde euro, a na miejscu okazało się, że nie mówię w języku, którym posługują się ludzie wokół mnie. I wiesz co? Poradziłam sobie. Zawsze sobie poradzisz, bo nie będziesz mieć wyjścia. Będziesz się bać nieznanego, to normalne, ale po wszystkim będziesz z siebie niesamowicie dumny.

A jeśli chodzi o to, że nie znasz nikogo: na Erasmusie to naprawdę nie jest problem. Uczelnia organizuje spotkania integracyjne, dzielisz mieszkanie z innymi studentami z całego świata, i znajomości robią się same. U mnie w mieszkaniu były Niemka i Kanadyjka. Nie planowałam tych znajomości, po prostu tak wyszło. I właśnie o to chodzi.