Organizowane przez Wyższą Szkołę Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie cykle spotkań – „Wielkie pytania w nauce” i „W labiryncie świata” – mają już 10 lat. W ciągu tej dekady mieszkańcy Rzeszowa mieli okazję spotkać wiele niezwykłych i wyjątkowych osób ze świata kultury i nauki. O charakterze tych spotkań oraz trudnościach związanych z byciem ich moderatorem rozmawiam z Wojciechem Bonowiczem.

Wojciech Bonowicz – poeta i publicysta, stale współpracujący z „Tygodnikiem Powszechnym” i miesięcznikiem „Znak”. Opublikował kilka tomów poetyckich. Autor książek i licznych książek-wywiadów, a także książek dla dzieci. Pracuje jako redaktor w Społecznym Instytucie Wydawniczym Znak i jako archiwista w Instytucie Myśli Józefa Tischnera. Jest członkiem zespołu redakcyjnego “Dzieł zebranych” Józefa Tischnera. Przygotował do druku liczne wydania rozproszonych tekstów Józefa Tischnera, a także wybory fragmentów jego pism. Laureat Medalu Brata Alberta za działalność na rzecz osób z niepełnosprawnością intelektualną. W 2012 r. odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Od blisko 10 lat prowadzący spotkania z osobowościami ze świata kultury i nauki, organizowane przez Wyższą Szkołę Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.  

Wojciech Bonowicz

Czy pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z cyklami „Wielkie pytania w nauce” i „W labiryncie świata”?

Wojciech Bonowicz: Tylko, jak mnie Pani o to zapytała, od razu oblał mnie rumieniec, bo nie pamiętam od czego zaczęliśmy. Wydaje mi się, że moja współpraca przy tych cyklach zaczęła się od spotkania z ks. Michałem Hellerem, które współprowadziłem. Było takie spotkanie, na którym ks. Michał Heller wygłaszał wykład przeplatany „Czterema porami roku Vivaldiego”, jakby wygłaszał komentarz do każdej z pór roku. Nie wiem czy to było pierwsze nasze spotkanie tutaj, ale je bardzo mocno zapamiętałem.

Co dla Pana w tych spotkaniach ma największą wartość?

WB: To co mi się od początku najbardziej w nich podobało, to jest to połączenie formy prelekcji, nie za długiej, ale jednak prelekcji zaproszonych gości, z dyskusją, i to taką dyskusją, że zadaje się także pytania od publiczności. Takie spotkania prowadzę w różnych miejscach Polski i muszę powiedzieć, że te organizowane przez WSIiZ wyróżniają się bardzo dużą ilością pytań od publiczności i są to bardzo ciekawe pytania. Często ludzie zadają dość przewidywalne, a wręcz banalne pytania, a tutaj widać, że publiczność interesuje się problematyką danego spotkania i pytania są często konkretne i dociekliwe – o relacja nauka – wiara w przypadku ks. Hellera, albo o perspektywy fizyki w przypadku spotkania, które niedawno prowadziłem. To zawsze jest dla mnie takie poruszające, że widać, że mamy do czynienia z publicznością dojrzałą i wymagającą.

Jak Pan postrzega swoją rolę w tych spotkaniach?

WB: Uważam, że mam być kimś w rodzaju medium między wykładowcami a publicznością. Jestem rzecznikiem tych pytań od publiczności. Często nawet jeśli przygotuję sobie własne pytania, to z nich rezygnuję, żeby zadać jak najwięcej tych od publiczności.

Jako prowadzący, jest Pan jedyną osobą na scenie, która ma wgląd w kartki z pytaniami od publiczności. Jak ciężki jest wybór tych pytań, które odrzucić, a które zadać na scenie?

WB: Ciężki. Pytań jest zawsze bardzo dużo. Zakładając, że mamy przeważnie tylko 30 minut na rozmowę, to ten wybór zawsze jest trudny. To co często robię, to próba dobierania podobnych pytań w pewne grupy i sformułowanie jednego pytania, które zbiera problemy poruszone na kilku kartkach. To jest taka próba pewnego kompromisu i wiem, że publiczność jest generalnie z tego zadowolona, bo te spotkania nie mogą trwać w nieskończoność. Uwaga ludzka też ma swoje granice, więc ja się staram zawsze tak prowadzić te spotkania, żeby jak najwięcej pytań wykorzystać, ale właśnie wykonując takie różne ruchy, nazwijmy je – redakcyjne. Dla rozweselenia publiczności oczywiście czasem czytam pytania, które może nie są specjalnie trafne, ale które pokazują, z czym się ludzie zmagają i co ich gnębi.

Czy było jakieś pytanie, które szczególnie zapadło Panu w pamięć?

WB: Na jednym ze spotkań z ks. Michałem Hellerem, ktoś zadał pytanie: „Jak brzmi jedno z podstawowych praw fizyki?” Nie wiem, czy chciał sprawdzić wiedzę ks. Hellera, czy rzeczywiście tego nie wiedział. W każdym razie odczytałem to na głos i to był taki akcent humorystyczny. Wiem, że dla wielu ludzi ważny jest ten element humoru, oraz to, że ja też się do publiczności zwracam, trochę z nią żartuję. Ma to szczególne znaczenie w przypadku takich spotkań, kiedy temat jest trochę trudniejszy, na przykład dotyczy bardziej skomplikowanych zagadnień z dziedziny fizyki, czy innych nauk ścisłych. Wiadomo, że wtedy część tej bardziej humanistycznej publiczności potrzebuje takiego odeśmiania się, zresetowania.

Prowadził Pan spotkanie z dr. Millerem i dr. Ecksteinem. Właśnie to spotkanie mogło być ciężkie i trudne do przyswojenia dla humanisty, ale według mnie było rewelacyjne. Każdy wyniósł z tego spotkania ułamki fizyki i matematyki dla siebie.

WB: Tu trzeba powiedzieć, że oni są właśnie ze szkoły ks. Michała Hellera. I są nauczeni, tak mówić o tych zagadnieniach, żeby nikogo nie wykluczyć. Oczywiście na pewnym poziomie trzeba się wtedy zatrzymać, nie da się pójść w głąb fizyki i mechaniki kwantowej, bo prawdopodobnie byśmy zabrnęli w takie rejony, gdzie część publiczności już by się jednak odłączyła.

A czy zdarzyła się Panu taka sytuacja, że ktoś z widowni po spotkaniu podszedł z pretensją, że nie przeczytał Pan jego pytania?

WB: Nie zdarzyło się. Choć jest to ciekawe podejście, ale było raczej odwrotnie. Ludzie podchodzili, żeby podziękować, że wybrałem ich pytanie, nikt nie zgłaszał pretensji. Rzeczywiście, nie pomyślałem wcześniej o tym z tej perspektywy. Ale to też świadczy o wyrobieniu tej publiczność, która rozumie, że trzeba dokonać selekcji, bo nie jestem w stanie o wszystko zapytać. Bardzo wzruszające jest też to, że czasem pada pytanie o coś oczywistego, ale po charakterze pisma widać, że zadaje je bardzo młoda osoba, bo przychodzi na te spotkania także sporo młodzieży licealnej. Po pytaniu widać, że jego autor dopiero poznaje daną problematykę, i to też trzeba zauważyć i przeformułować to pytanie, lub czasem zadać je wprost, bo może dla autora tego pytania usłyszenie odpowiedzi jest ważne.

Które z tych spotkań było dla Pana wyjątkowe?

WB: Każde z tych spotkań jest takie… przejmujące, i każde z innych powodów. Były spotkania, z których ja sam się bardzo dużo dowiedziałem i nauczyłem, a były też takie – ważne emocjonalnie. Dla mnie takim najpiękniejszym spotkaniem było wspólne spotkanie z Anią Dymną. Zastanawialiśmy się, czy to się dobrze wpisze w ten cykl, bo czytaliśmy wiersze i między tą lekturą rozmawialiśmy ze sobą. Te nasze rozmowy trochę nawiązywały do tematyki wierszy, ale były też taką próbą poruszenia bardzo wielu różnych zagadnień. Byłem ciekawy, czy ta formuła się ludziom spodoba, bo jednak byli głównie przyzwyczajeni do wykładu. I okazało się, że tak. Te wiersze zostały trochę potraktowane, jak koncert muzyczny. Było spotkanie ze sztuką, a równolegle była rozmowa, która ludziom jakoś dodawała skrzydeł. To zapamiętałem bardzo mocno. Ale tych spotkań było dużo. Były takie spotkania, zdawałoby się mniej efektowne. Był świetny wykład prof. Chwina w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej i potem takie bardzo przejmujące pytania od publiczności. To było jedno z tych spotkań, które upłynęło w atmosferze raczej poważnej, ale widać było, jak zarówno wykład, jak i rozmowa wchodzą w publiczność. Kiedy niemal fizycznie czyje się, że publiczność chłonie to co płynie ze sceny. To jest dla mnie zawsze takie przejmujące.

Myślę, że przy wielu tych spotkaniach publiczność ma jednak wrażenie, że skończyły się za szybko, że jeszcze można było coś dopowiedzieć, zadać więcej pytań. To pilnowanie czasu leży po stronie prowadzących. Czy zakończenie tych spotkań jest trudnym zadaniem?

WB: Ja tu muszę powiedzieć, że jestem dosyć „okrutny”. Wolę, kiedy ludzie zostają z takim lekkim niedosytem. Nie lubię spotkań przegadanych. Kiedy wydaje mi się, że już poruszyliśmy ostatecznie dużo tematów i padło wiele zdań dużego kalibru, to uważam, że nie ma powodu tego przedłużać. Ludzie dostali już tak dużo, że niech to przetrawią. Wiem, że niektórzy wracają do nagrań tych spotkań i oglądają je jeszcze raz. W gruncie rzeczy w ciągu tych niecałych 2 godzin spotkania można przekazać bardzo dużo treści i to wydaje mi się kluczowe. Jeśli mam poczucie, że butelka jest już prawie pełna, to nie chcę żeby się przelała, tylko wolę, żeby ludzie pomyśleli nad tym, co już zostało powiedziane.  

Rozmawiała Anna Klee-Bylica, Rzecznik prasowy Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.