Czym jest ekonomia wysiłku? Czy sztuczna inteligencja ułatwia nam życie, czy raczej rozleniwia? I dlaczego językiem powinniśmy się przede wszystkim cieszyć? Rozmowa z prof. Jerzym Bralczykiem, wybitnym językoznawcą i popularyzatorem języka polskiego oraz Profesorem Honorowym WSIiZ jest zawsze bardzo pouczająca.

Panie Profesorze, podczas inauguracji roku akademickiego otrzymał Pan tytuł Profesora Honorowego Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Co oznacza dla Pana to wyróżnienie i jakie znaczenie mają dla Pana więzi ze środowiskiem akademickim?

– Współtworzyłem środowisko akademickie, teraz z nim współpracuję, ponieważ moim głównym zajęciem jest bycie emerytem. Kiedy pracowałem, czy to na Uniwersytecie Warszawskim, czy Jagiellońskim, czy na Uniwersytecie w Uppsali, czy na Śląskim i kilku jeszcze innych, to miałem takie poczucie obowiązku. Obowiązku zaszczytnego, czasem chwalebnego, czasem interesującego, przyjemnego. Bywam w różnych uczelniach i tam wygłaszam wykłady, czasami są to wykłady inauguracyjne, czasem to są wykłady nawet cykliczne, ale to wszystko ma charakter już doraźny, niezobowiązujący. Pracowałem, i to etatowo, właśnie w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania także. Teraz to jest tak, że przyjeżdżam na uczelnię, coś mówię i bardzo lubię tego rodzaju zaproszenia, bo stawiają przede mną pewne zadania, nie lubię słowa „wyzwania”, i przypominam sobie te czasy akademickie, kiedy to prowadziłem wykłady i kursowe, a to był kawałek mojego życia, niedługo będzie 60 lat, od kiedy zaczynałem pracę.

– W przypadku profesorów honorowych wiem, że nie wszystkie uczelnie, a właściwie chyba niewiele uczelni, taką tradycję stosują, ale ponieważ Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania jest to uczelnia dla mnie bardzo ważna, i nie tylko dla mnie. Jest to uczelnia o bardzo dużej, zasłużonej renomie, to nawet gdyby mi dali honorowego magistra, to bym się ucieszył. A z profesora bardzo się cieszę.

Od lat z pasją przybliża Pan Polakom tajniki naszego języka. Co jest dla Pana Profesora w tym najważniejsze?

– Słowo „pasja” w ogóle tutaj nie pasuje, bo pasja łączy mi się z cierpieniem. Passio to cierpię po łacinie i „Passio et Mors Domini Nostri”, czyli męczarnia i śmierć Jezusa Chrystusa. Pasje to były też utwory, muzyczne najczęściej, które też odpowiadały męce Pańskiej. Później pasja stała się określeniem takiego bardzo emocjonalnego zaangażowania. U nas pasjonaci to byli także ci, którzy wpadali w pasję, a to była nazwa wzburzenia bardzo silnego, takiego szału prawie. Podobno szewcy wpadali, to była „szewska pasja”. I dlatego to słowo wydaje mi się nieco podejrzane. Ja owszem – interesuję się tym, co robię, i to spokojne słowo bardziej odpowiada temu, co ja czuję.

– Przybliżam? Czasem wydaje mi się, że oddalam ten nasz język, bo wprowadzam takie wątki, które nie są bliskie używającym języka Polakom, i zwracam uwagę na to, co wcale nie kojarzy się najbardziej, czy to z danym słowem, czy z daną konstrukcją. Trzeba popatrzeć czasem na słowo trochę z daleka, na przykład na jego pochodzenie, na jego konotacje, i to wtedy może jest nie tyle przybliżanie, ale oddalanie. Ale przez to się jakoś go przybliża. To tak jak gwiazdy przybliżamy, kiedy patrzymy na nie przez lunety. To jest to, co nam pozwala się cieszyć językiem. Język nie służy temu, żeby przezeń cierpieć, choćby w wyniku pasji, czy też żeby się uczyć gramatyki i wykuwać te wszystkie terminy i reguły, i uważać, żeby błędu nie zrobić. Bo to z przyjemnością ma niewiele wspólnego. W moim przekonaniu językiem trzeba się cieszyć. Cieszyć jego różnorodnością znaczeń, cieszyć się zawiłością czasami konstrukcji i wieloma jeszcze rzeczami, o których za mało tu miejsca i czasu, żeby porozmawiać.

Czy Polacy potrafią się jeszcze cieszyć ze swojego języka?

– Najlepiej po polsku mówią Polacy. Oni ten język kształtują. Właściwie kształtują mowę. Bo język to się tak bardzo nie zmienia, jak nam się zdaje. Zmienia się nasz sposób mówienia. Niektórzy się cieszą z tego, że język polski potrafi dzisiaj być bardziej lakoniczny. Może nawet trafniej niektóre rzeczy nazywa, że jest bardziej otwarty i czerpie z innych języków, to czego akurat jemu brak. A niektórzy uważają, że nasza mowa ubożeje. Język nie ubożeje, w języku wszystko zostaje. W razie czego można sięgnąć do starych tekstów i odnowić jakieś słowo czy jego znaczenie.

– Trudno powiedzieć, czy nasza rzeczywistość zmienia się na gorsze. Niektórzy tak myślą, a inni myślą wręcz przeciwnie, żyje się w końcu wygodniej niż kiedyś. Czy język się psuje? Jak mówię – język nie, ale nasza mowa. Jeżeli wygodniej nam się porozumiewać tą obecną odmianą polszczyzny. Przecież moglibyśmy wrócić do staropolszczyzny, gdyby się to okazało wygodniejsze, ale pewnie nie będzie. Inna sprawa, czy wygoda i tak zwane piękno idą w parze? Zdaje nam się, że kiedyś mówiono ładniej. Sam na to wpadam, że kiedy rozmawiam z kimś, i to są ciekawe doświadczenia, kto wiele lat temu wyjechał z Polski i teraz mówi tą odmianą języka lat nawet 40., są jeszcze tacy ludzie. To postrzegam to z pewnym rodzajem rozczulenia i satysfakcji.

Jeśli chodzi właśnie o zmianę mowy i młodych ludzi, którzy porozumiewają się za pomocą skrótów i zapożyczeń z języka angielskiego. Czy ta uproszczona mowa budzi Pana niepokój?

– Wśród młodych nie ma zmian. Oni od razu mówią tą odmianą. Wygoda, wygoda. W języku działają dwie tendencje – ekonomia wysiłku, czyli wygoda, i dążność do precyzji, czyli żeby nazwać rzecz jak najbardziej trafnie. Otóż wydaje się, że teraz dominuje ta pierwsza tendencja, czyli ekonomia wysiłku. To sprawia, że mówimy krócej. Czasami stosujemy w mowie potocznej zaimki i mówimy: „Wiesz, ten. No ten ten, no to tego, nie” – i ten ktoś, do którego się zwracamy, rozumie, o co chodzi. Bo sytuacja wskazuje, o jakiego tego i o jaki ten chodziło tutaj. I wygodnie, nie trzeba szukać słów w rodzaju – dinks czy wihajster, które także są świadectwem naszej wygody.

– W przypadku młodzieży to może być nienajlepsze, bo młodzież powinna dbać o te nowe nazwy, ale w przypadku ludzi starszych, tak jak ja, kiedy to różne przypadłości, jak skleroza czy nie daj Boże alzheimer, sprawiają, że zapominamy nazwy, nie muszę szukać określeń na te kwiaty, które przed sobą widzę, szczególnie że niektórych nazw nigdy nie znałem – „No te widzisz, tutaj tego”.

A jak Pan Profesor podchodzi do sztucznej inteligencji?

– Z ostrożnością i nieczęsto. Najczęściej ona jest gdzieś tam, a ja tutaj, i nie podchodzę do niej. Może nie tak jak do złego psa, ale tak jak niekoniecznie znajomego hipopotama czy słonia, który może mnie skrzywdzić, choć nie musi. Poczciwa SI, bo tak wolę na nią mówić, bo AI jakoś jęcząco brzmi.

Studenci jej nie unikają. Znacznie ułatwia im studenckie obowiązki, czyli jest tą ekonomią wysiłku, o której Pan Profesor wspomniał. Ale czy nie niesie to ze sobą pewnego zagrożenia?

– Sztuczna inteligencja wręcz przyciąga studentów. Ułatwia, ale jednocześnie po jakimś czasie możemy się zorientować, że to ułatwianie, tak jak w wielu innych przypadkach, prowadzi do ograniczeń i do celów, które wcale nie były naszymi. Myślę, że tu bardzo dużo dobrego zrobił ten nieszczęsny raport, który pokazał, że sztuczna inteligencja sztuczną inteligencją, ale nie możemy jej zanadto ufać. Myślę, że to był taki śmiały eksperyment, który miał pokazać człowiekowi, żeby nie ufał za bardzo, i ten eksperyment się udał.

Czy według Pana Profesora studia wyższe nadal mają szczególną wartość w kształtowaniu młodego człowieka?

– Tak!