Wielu przedsiębiorców przez całe życie budowało swoje firmy. Paradoksalnie największy egzamin czeka ich dopiero teraz. Nie dotyczy on sprzedaży ani zysków, ale tego, czy znajdzie się ktoś, kto będzie potrafił przejąć odpowiedzialność za biznes. Przekazanie udziałów trwa jeden dzień i nie jest problemem. Natomiast przygotowanie człowieka, który będzie potrafił rozwijać firmę w świecie sztucznej inteligencji, cyfryzacji i globalnej konkurencji, zajmuje lata.
Nadchodzi fala sukcesji
Polska jeszcze nigdy nie była w takim momencie. Dla tysięcy polskich przedsiębiorców właśnie zaczyna się największy test. Nie biznesowy. Pokoleniowy. Większość polskich firm rodzinnych powstała po 1989 roku. Ich założyciele mają dziś często 50, 60, a nawet 70 lat. Oznacza to jedno – nadchodzi czas zmiany pokoleniowej. I to szybciej, niż wielu przedsiębiorców chciałoby przyznać.
Jak wskazuje raport Mariański Group „Firmy rodzinne w Polsce 2025 – Między tradycją a przyszłością” – do 2030 roku od 60 do 80 tysięcy polskich firm rodzinnych będzie musiało zmierzyć się z procesem sukcesji.
Założenia vs. rzeczywistość
Przez lata wydawało się to oczywiste. Dziecko dorastało wśród rozmów o biznesie, znało pracowników, obserwowało codzienne wyzwania. Naturalnym scenariuszem miało być przejęcie rodzinnej firmy. Tymczasem dane pokazują, że sukcesja wcale nie jest oczywistością.
Ponad połowę firm rodzinnych w Polsce wciąż prowadzi pierwsze pokolenie właścicieli. Drugie pokolenie zarządza 34 proc. przedsiębiorstw, trzecie – 11 proc., a zaledwie 4 proc. firm znajduje się już w rękach czwartego lub kolejnych pokoleń.
Co więcej, aż 36 proc. przedsiębiorstw jest zarządzanych wyłącznie przez nestora. W praktyce oznacza to, że w przypadku choroby lub nagłego zdarzenia firma może z dnia na dzień zostać pozbawiona jedynego decydenta.
Masz następcę? To jeszcze nie znaczy, że masz sukcesora
Sam fakt, że właściciel firmy ma dzieci, nie oznacza jeszcze, że ma komu przekazać biznes. A już na pewno nie oznacza, że wychował przyszłego lidera.
Badania (Mariański Group) pokazują, że sukcesorzy nie są jednorodną grupą. Są tacy, o których marzy każdy przedsiębiorca – przygotowani, kompetentni i cieszący się autorytetem wśród pracowników. To właśnie sukcesorzy kompletni. Paradoksalnie, to oni stanowią najmniej liczną grupę.
Są też młodzi ludzie, którzy od początku wybierają własną drogę. Nie chcą przejmować rodzinnego biznesu, stawiają na niezależność i realizację własnych planów zawodowych. Eksperci określają ich mianem sukcesorów nieobecnych.
Największym wyzwaniem okazuje się jednak trzecia grupa. To osoby obecne w firmie, zaangażowane w jej codzienne funkcjonowanie, ale nieprzygotowane do przejęcia odpowiedzialności. Choć pracują u boku rodziców, nigdy nie otrzymały realnego wpływu na rozwój przedsiębiorstwa ani przestrzeni do podejmowania samodzielnych decyzji.
I właśnie tutaj zaczynają się problemy, które mogą przesądzić o przyszłości firmy.
– Większość właścicieli firm, często już w wieku emerytalnym, zakłada, że „jakoś to będzie”. W razie choroby czy nagłej śmierci przecież na pewno ktoś zajmie się organizacją. A rzeczywistość jest brutalna – wiele firm, nawet tych dużych, zamyka się w takich sytuacjach bardzo szybko, bo to jak powóz bez jeźdźca, który szybko może zboczyć z drogi i zaliczyć wywrotkę – wyjaśnia dr Maciej Ryś, Prorektor ds. Współpracy i Rozwoju WSIiZ.
Czy można nauczyć się prowadzenia firmy?
Około 85-92% potencjalnych sukcesorów nie chce prowadzić rodzinnego biznesu (Barometr Sukcesyjny IBR). Właściciele firm często koncentrują się na tym, komu przekazać biznes. Tymczasem coraz częściej okazuje się, że ważniejsze jest zupełnie inne pytanie. Czy przyszły sukcesor będzie gotowy, by udźwignąć odpowiedzialność?
– I tutaj dochodzimy do sedna – czy można kogoś przygotować, żeby „przejął” biznes? Odpowiedź jest prosta – nie tylko można, ale trzeba. Inaczej gromadzony majątek, ciężka praca, lata wyrzeczeń, mogą skończyć się wyprzedażą majątku za bezcen, nieciekawymi wyzwaniami lub w najgorszym przypadku latami problemów prawnych i bieganiem po sądach dla spadkobierców – dodaje Prorektor dr Maciej Ryś.
Wielu przedsiębiorców wychodzi z założenia, że skoro sami zdobywali doświadczenie metodą prób i błędów, ich dzieci również poradzą sobie bez specjalnego przygotowania. Oczywiście nie da się przekazać doświadczenia zdobywanego przez trzydzieści lat prowadzenia biznesu. Można jednak wyposażyć młodego człowieka w kompetencje, które pozwolą mu szybciej podejmować trafne decyzje i skuteczniej rozwijać firmę. Właśnie dlatego coraz więcej przedsiębiorców zaczyna patrzeć na edukację swoich dzieci jak na inwestycję w przyszłość firmy.
– Młodzi następcy nie będą zwykłymi menedżerami czy założycielami. Oni będą przecież przejmować działający organizm wraz jego historią, zespołem i kulturą organizacyjną, który powinni kontynuować i rozwijać. W wielu rodzinnych biznesach to właśnie następcy są inicjatorami zmian, zatem potrzebują narzędzi, aby przekuć je w działanie – dodaje dr Joanna Świętoniowska, Dziekanka Kolegium Zarządzania WSIiZ.
Biznesowa luka w szkolnictwie wyższym
Odpowiedzią na potrzeby współczesnego rynku jest nowy kierunek studiów I stopnia „Biznes i Innowacje”, który od nowego roku akademickiego uruchamia Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Kierunek ten wypełnia dużą lukę w szkolnictwie wyższym.
Studenci nie będą uczyć się biznesu wyłącznie z podręczników. Zmierzą się z rzeczywistymi wyzwaniami związanymi z zarządzaniem, nowymi technologiami, finansami, budowaniem zespołów czy wdrażaniem innowacji.
– Studenci na kierunku Biznes i innowacje przede wszystkim będą uczyć się praktyki od praktyków, a teoria będzie przekazywana jako inspiracja, a nie regułki do nauczenia na pamięć. Dzięki temu wyjdą z uczelni nie tylko z dyplomem, ale z kompletem wiedzy, którą od pierwszego dnia będą mogli wdrażać w organizacjach. Pomożemy im również zbudować network, a potem nauczymy jak z niego korzystać – zapewnia dr Magdalena Olczak – Nowicka, wykładowczyni kierunku Biznes i innowacje WSIiZ.
Nowy kierunek tworzy wraz ze studiami II stopnia „Biznes i przywództwo” spójną ścieżkę rozwoju dla przyszłych menedżerów i przedsiębiorców. Jednym z wyróżników studiów biznesowych we WSIiZ jest model Skill Packów, czyli spójny pakiet powiązanych ze sobą umiejętności. Zamiast wybierać jedną specjalność, studenci samodzielnie komponują swój zestaw kompetencji, łącząc dwa z czterech obszarów: „Sztuczna inteligencja w biznesie”, „Ludzie i zespoły”, „Finanse i FinTech” oraz „Automatyzacja i optymalizacja procesów”.
Równie nietypowe jest podejście do dyplomu. Klasyczną pracę dyplomową zastąpi Capstone Project – projekt rozwijany przez cały okres studiów pod okiem mentorów i ekspertów.
– Capstone project zamienia pracę dyplomową w konkretny, przemyślany i gotowy do wdrożenia plan. Powstaje on stopniowo, w ramach kolejnych przedmiotów – każdy naświetla inny aspekt rozwoju firmy. Składając te elementy w całość, przyszły następca, buduje gotową strategię rozwoju firmy rodzinnej pod okiem mentorów z realnym doświadczeniem biznesowym. Wdrażane zmiany nie będą zatem ryzykownym eksperymentem, lecz dopracowanym pomysłem, co uczyni wejście rodzinnej firmy w innowacje bezpieczniejszym – tłumaczy dr Joanna Świętoniowska.
Założenie jest proste: po zakończeniu studiów absolwenci mają wyjść nie tylko z dyplomem, ale także z gotowym pomysłem na biznes lub startup. Równie ważne mają być kontakty i relacje budowane już podczas studiów – bo to właśnie networking coraz częściej otwiera drzwi do pierwszych projektów, partnerstw i biznesowych możliwości.
Biznesu nie dziedziczy się w genach. Liderów trzeba przygotować
Największym błędem wielu przedsiębiorców jest odkładanie rozmowy o przyszłości firmy na później. Tymczasem sukcesja nie zaczyna się w momencie podpisania dokumentów czy przekazania udziałów.
Zaczyna się znacznie wcześniej – wtedy, gdy młody człowiek zdobywa wiedzę, doświadczenie i kompetencje potrzebne do podejmowania odpowiedzialnych decyzji. Bo choć firmę można przekazać w jeden dzień, lidera buduje się latami.
A nawet najlepszy biznes nie przetrwa bez dobrze przygotowanego następcy.
Dlatego, być może najważniejszą inwestycją nie będzie kolejna maszyna, nowa hala produkcyjna czy otwarcie następnego oddziału. Być może będzie nią wykształcenie przyszłego lidera. Takiego, który uszanuje wartości, na których przez lata budowana była firma, ale jednocześnie wniesie nowe spojrzenie, odwagę do zmian i kompetencje potrzebne w świecie sztucznej inteligencji, cyfryzacji i globalnej konkurencji.
Bo sukces rodzinnego biznesu nie kończy się na jego założeniu. Prawdziwy sprawdzian przychodzi wtedy, gdy stery przejmuje kolejne pokolenie. I być może właśnie to jest największą miarą sukcesu przedsiębiorcy – nie tylko stworzyć firmę, ale przekazać ją w ręce ludzi, którzy potrafią poprowadzić ją jeszcze dalej.


